Robert Rybicki podrzuca nam mielony kotlet, który atakuje już z okładki książki, a przecież dopiero wstaliśmy po ostrym kopniaku w głowę: „ To ja, homo naledi,/ nie pamiętasz mnie?”, pyta homnid, bohater jednego z wierszy. Może i coś tam pamiętamy, ale przecież: „ Pamięć jest niegrzeczna./ Mózg wspomina myśl bez udziału woli”. Książka Rybickiego przenosi nas więc wprost do plejstocenu (ale trochę współczesnego) – wtedy prawdopodobnie żył kopalny homo – jednak z problemami bardzo dzisiejszymi (czy to dlatego tak często pojawia się w tomie słówko „ człowiek”?). Jedną z podstawowych kwestii wydaje się tu komunikacja międzyludzka i normy cywilizacyjne, kolejną istnienie w – szeroko pojmowanych – produktach kultury: „ Kult, kultywacja i kultura; rozkulturwiłem się”, pisze autor. Niby wiemy, że „ cały fejsbuk to glossa/ do nieistniejącego problemu”, a jednak sami dokładamy sporo kolejnych. Homo naledi to „ ekspert od porażek”, który próbuje „ oddzielić dziwne od durnego”, jednocześnie jednak wie, że: „ Program o nazwie « język»/ zawiesił się w « ja»/ poza biologią”. „ Na takim poziomie kop już musi być precyzyjny”, pisze Rybicki. I rzeczywiście: fraza za frazą to cios za ciosem, po których trudno stanąć na nogi. Ale dodaje też – i trudno się z tym nie zgodzić – że „ jak już cierpieć, to na wesoło!”.