„ Urodą rzeczy ziemskich przejęty” – o nowych wierszach Krzysztofa Czacharowskiego Bardzo długo milczał Krzysztof Czacharowski! Od debiutanckich Wierszy minęło przecież niemal trzydzieści lat! A drugi i ostatni tomik Czacharowskiego, Papierówka, wyszedł też bardzo dawno temu, bo w roku 2002. A przecież wzbudziła Papierówka spore zainteresowanie jako laureatka pierwszej edycji Konkursu Poetyckiego im. x. Józefa Baki (2001), lauru przyznawanego przez środowisko skupione wokół „ Frondy”, co zresztą od razu kazało umieszczać wiersze 35-letniego wówczas poety w kręgu liryki z jednej strony religijnej, klasycyzującej, ale też jakoś kontestatorskiej, osobnej, zbuntowanej wobec ówczesnych literackich salonów. Tak jak to było z ówczesną „ Frondą”. Po tym obiecującym początku nastąpiło jednak owo bardzo długie milczenie. Czym spowodowane, nie wiem. Ale tym większe zaskoczenie i zaciekawienie budzi nowa książka poetycka olsztyńskiego poety, a więc Śpiewnik z oka. Zaskoczeń jest tu zresztą więcej. Na przykład sam tytuł książki, paradoksalnie łączący głos ze wzrokiem, śpiewanie z widzeniem, muzykę z malowaniem. Ale tak jest w tych wierszach. Z jednej strony nieostentacyjna, dyskretna często muzyczność, z drugiej intensywne oglądanie świata, wpatrywanie się weń, chłonięcie go – wzrokiem właśnie. Muzyczność jest tu zresztą jakby konsekwencją patrzenia na świat. Odkrywania – wzrokiem – że świat jest śpiewem podszyty, że jest harmonijny, uporządkowany, że przeniknięty jest niezniszczalnym ostatecznie ładem, że bytu są ze sobą połączone na kształt – komunii. Ładem muzycznym? A może bardziej – architektonicznym? Tak sobie tłumaczę wracające tu często motywy kolumny, katedry czy wieży. Jak kolumna jest na przykład dziadek, mowa też tu o „ kolumnie samotności”, ale gdzieś czytamy o „ wieży dzieciństwa” albo „ katedrze świeżych gwiazd”. Ta kolumna symbolizuje ład świata, wychylony wertykalnie ku niebu, łączący dół z górą, ale sygnalizujący wiarę w tego świata trwałość, siłę, mocne bycie. Śpiewnik z oka jest więc książką pełną dźwięków, barw, ale też – na przykład – zapachów. Ów sensualizm i związana z nim synestezja są bardzo charakterystyczne dla wierszy Czacharowskiego. Ale jeszcze bardziej charakterystyczne – i osobne – jest związane z tym wszystkim doświadczenie radości, szczęścia, zachwytu. Poezja polska rzadko wyraża takie uczucia – pamięć przywołuje mi wczesne wiersze Kazimierza Wierzyńskiego, pewne utwory Jarosława Iwaszkiewicza, może Czesława Miłosza, ale to wszystko napisano dawno. Dzisiaj tego rodzaju doświadczenie jest właściwie nieobecne w naszej poezji. W Śpiewniku z oka radość wydaje mi się więc jednym z zasadniczych i oryginalnych gestów duchowych poety. Dominuje ona zwłaszcza tam, gdzie poeta rozpamiętuje swoje dzieciństwo, pisze o wsi, podróżuje po Włoszech i Grecji, obcuje ze sztuką. Tak powstają swoiste, pełne pozornej prostoty „ poema naiwne”, wyrastające – jak tamto pisane w czasie II wojny – z religijnej, tomizmem może fundowanej, wiary w Boży ład świata. Niech więc nie zaskakuje nas częstotliwość, z jaką „ śpiewając z oka” Czacharowski używa barw jasnych, jak chętnie stosuje słowa takie jak „ czysty” albo „ światło”. Widzi świat jasno, w zachwyceniu, że przywołam ten proustowski, cytat, nieco zużyty może, ale tu jak najbardziej trafny. I dodam tu słowo – blask. Ta jasność, ten blask nie wyrastają jednak ze świadomości naiwnej. Bo przecież są tu wiersze ciemne, gorzkie, pełne niepokoju. To te, które mówią o podszytym grozą doświadczeniu polskiej historii te, w których poeta z niepokojem diagnozuje naszą współczesność. Te, w których przejmująco pisze o samotności i biedzie Józefa Mackiewicza i te, w których opisywane jest cierpienie prowadzonych na rzeź zwierząt. Ale dominuje w Śpiewniku z oka jednak owa podszyta wdzięcznością radość, która wyrażana jest językiem pełnym skupienia, spokoju, czułości i uwagi. Czacharowski dialoguje z Eliotem, Herbertem, Polkowskim i Pasierbem, a jego nieśpiewna muzyczność każe myśleć o Czechowiczu. Ostatecznie mamy tu jednak do czynienia z poezją osobną i wyjątkową. Na którą warto było czekać tak długo. Maciej Urbanowski