Stevenson na werandzie Złapany w drodze. Zmięty. Ustawiony na tle ciemnych krzaków. Z dłońmi szmacianej lalki, z oczami rozkwitającymi jak wodne kwiaty w białych trocinach brwi. Język to kawałek wycieraczki z okolicy ust. zabawa w chowanego Okej, wygląda to tak, że siedzę osiem godzin w pracy, potem odbieram dziecko z przedszkola. Karmię nas, bawimy się, zdarza mi się też tupać nogą i krzyczeć, gryźć w język, ze złości zaciskać pięści. Nocą ciągle jeszcze uprawiam seks i miewam koszmary. Lecz tak naprawdę biegam po betonowych bramach, sypię piaskiem kolegom w oczy, rozwalam zjełczałe jajka na drzwiach mieszkającej obok wariatki, słyszę, jak matka wzywa mnie przez okno, kiedy zwisając głową w dół z trzepaka, patrzę na płynące chmury i wyobrażam sobie. No co ja mogłam sobie wyobrażać? kilkadziesiąt lat później myślę, czy nie rzucić pracy i idę na manifestację. wiatr coraz częściej zamienia się w wichurę, deszcz w ulewę, uchodźcy wypadają z łodzi jak bile z za ciasnego stołu, jakiś palant wycina drzewa, ale przecież nikt nie puka do drzwi, żadna żydowska kobieta, patrząc w oczy, nie pyta, czy nie przechowam dziecka, a ja czule kładąc dłoń na głowę mojego syna, nie muszę odpowiadać. (fragmenty książki)